Tag Archive: eventy


Global Gathering 2010

Global Gathering jest jedną z najpopularniejszych i najbardziej oczekiwanych imprez klubowych w tej części Europy ze względu na swoją oryginalność, nieprzeciętny klimat i różnorodność gatunków muzycznych. Rozmach z jakim organizowane jest to wydarzenie, sprawia że pojawiają się na nim nietuzinkowi artyści i zawsze pełna energii publiczność. 5 czerwca odbyła się już trzecia edycja tego eventu. Eventu na którym nie da się nudzić.

Na dobry początek…
Tradycją już jest, że jak gdzieś się wybieram, to muszą przytrafić się mi dziwne sytuacje. Pierwszą niespodzianką było spotkanie znajomego jeszcze przed ruszeniem pociągu z dworca w Białymstoku. Nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że obydwaj wiedzieliśmy, że poznaliśmy się już wcześniej na którymś z eventów, ale nie byliśmy w stanie przypomnieć sobie na którym i w jakich okolicznościach .
Pociąg ruszył o 7:00 i do Warszawy nic się nie dzialo. Ja trochę przysnąłem a kolega zaczął nawijać gadkę z dwójką starszych osób. W Warszawie Centralnej nie było już miejsc siedzących i wsiadający dwaj Angole musieli zadowolić się miejscami stojącymi przy oknach ;). Nic w tym niesamowitego by nie było, gdyby nie to, że przez praktycznie całą drogę jeden z nich ciągle gadał a drugi tylko słuchał. Wyobraźcie sobie jaka konsternacja mnie ogarnęła , gdy w pewnym momencie gość zaczął opowiadać o przygodach z masturbacją (sic!). W sumie nie dziwo, że ten drugi nic nie komentował ;).
W Poznaniu byliśmy po 13 godzinie, a do przyjazdu reszty ekipy mieliśmy jeszcze 2 godziny wolne. Odwiedziliśmy więc Stary Browar (ponoć największa galeria w Europie, ale uciąć ręki sobie nie dam). Gdy już byliśmy w komplecie, udaliśmy się taksówką (kierowca okazał się być zajebisty, więc wzięliśmy nr jego komórki) do naszego pensjonatu z zarezerwowanymi miejscami. Trafił się nam pokój na poddaszu (przekrój trójkątny), więc trochę musieliśmy się nagimnastykować szczególnie w łazience, by nie potracić głów( trzeba być dobrym akrobatą).
Po szybkim ogarnięciu się, zadzwoniliśmy po naszego taksówkarza i już byliśmy w drodze na Tor, ustalając że po drodze zahaczymy o kiosk, by kupić papierosy. Oczywiście uprzedził nas, że przy porcie lotniczym stoją patrole policji i zatrzymują wszystkich w ramach kontroli. Nas też nie omieszkali zatrzymać. Musieliśmy wszystko wyjąć z kieszeni, po czym dać się obmacać od góry do dołu. Ponoć dziewczynom tak się spodobało, że chciały wracać ;). Będąc już praktycznie przy torze, na którym odbywał się GG, Jarek (taxi driver) przypomniał sobie, że mieliśmy zajechać po te papierosy. Wyłączył więc już taksometr i zawrócił. Oczywiście wydało się to dość podejrzane stojącemu nieopodal patrolowi policji i zatrzymano nas po raz drugi. Po kilku podchwytliwych pytaniach poprosili o okazanie dokumentów, po czym zostaliśmy puszczeni. Kupiliśmy co mieliśmy kupić i w końcu dotarliśmy na miejsce.

Organizejszyn
Zanim przejdę do tego, co interesuje nas najbardziej, czyli artystów i granej przez nich muzyki, muszę przyznać, że organizacja Global Gathering była jedną z najlepszych (jak nie najlepszą), jakie miałem okazję gościć. Mimo dużych tłumów ruch był płynny, a kolejek w punktach gastronomicznych było wręcz niemożliwym doświadczyć. Poszczególne sceny były dobrze ulokowane, więc zbytnio nie kolidowały ze sobą. Oczywiście oprócz serwowanej muzyki miały miejsce inne, stałe w programie GG atrakcje: pokazy lotnicze, bungee itd. Pojawiły się nawet cofee shopy, ale ja akurat z nich nie korzystałem ;).
Łącznie na terenie pojawiło się 6 scen/namiotów, które startowały o różnych godzinach. Oprócz głównej sceny Global Main Stage można było odwiedzić Godskitchen Arena, Revolution Continues Arena, Global Deluxe Arena, Q Dance Arena oraz Red Stage. Każda z nich czymś się wyróżniała, jedne wyglądały lepiej, drugie gorzej, ale generalnie wywoływały pozytywne odczucia. I przede wszystkim nie było tego nieszczęsnego kurzu sprzed dwóch lat :).

Globalne zgromadzenie
Jako pierwszy na ruszt poszedł A*S*Y*S. Grał zaledwie godzinę (od 19 do 20) na Q-Dance Arena, a wywołał we wszystkich zwierzęce instynkty. Gdy usłyszałem „Operation Blade” myślałem, że zwariuję. A*S*Y*S miał świetny kontakt z publiką, a krótkie hasła padające przez mikrofon podkręcały świetnie atmosferę (w czasie Intra przywitał się po polsku). Było mocno i energetycznie.
Po zakończeniu jego seta udaliśmy się na piwo, by po nim udać się na Josha Winka. Niestety ten mocno mnie zawiódł, grał bardzo nudno i monotonnie, dlatego szybko zrezygnowaliśmy z niego. Po jego genialnym, ubiegłorocznym albumie „When A Banana Was Just A Banana” spodziewałem się czegoś zupełnie innego.
Udaliśmy się przed scenę główną, gdzie akurat grał Paul Thomas. Nie było to nic piorunującego, aczkolwiek niektóre kawałki porywały do tańca. Po jego krótkim secie udaliśmy się na gastronomię w celu odzyskania sil ;).
Zaczęło się na dobre. O 23 Grał Judge Jules, który jak zawsze był niezawodny. Z tych ciekawszych utworów należy wymienić „The Strings That Bind Us” Arneja, „Not Going Home” Faithless w remixie Armina van Buurena, „Renegade” Sandera van Doorna (hymn Trance Energy 2010 – mnie jednak nie podoba się) oraz ciekawe połączenia „Comet” naszego Rodaka Skytecha z robiącym ostatnio furorę The Black Eyed Peas „ Rock Your Body”. Oczywiście Judge Jules zagrał również swoją produkcję, mianowicie „Verano Loco”, które poza tym, że jest energetyczne ma niesamowity breakdown. Niestety w czasie tego seta na Main Stage grał John Digweed, którego musiałem niefortunnie odpuścić.
John O’Callaghan niespodziewanie mnie zaskoczył, gdyż zagrał bardzo dobrze (a byłem przekonany, żę będzie nudno). Zagrał sporo swoich produkcji/remiksów, ale już zdążyłem się do tego przyzwyczaić (tym bardziej, że jako JOC produkuje całkiem świetnie). Było trochę mash-upów, a ten, który zapadł mi najbardziej pamięci to Sophie Sugar vs Sunlounger feat. Zara „Lost Together” (Armin van Buuren Mashup). Ogólnie John pokazał, że nadal potrafi rozbujać publikę do czerwoności.
O 1 godzinie przyszedł czas na artystę, na którego przybyło chyba większość eventowiczów. Był nim Carl Cox zmiażdżył system. Joris Voorn „Incident”, nie każdemu przypadające do gustu Cirez D „On Off” oraz pełne pozytywnych wibracji Marco Bailey „ Watergate”, to tylko zaledwie wierzchołek góry lodowej, jaką zaserwował nam ten mistrz. Był po prostu mega koks! Oczywiście pojawiły się sceptyczne głosy, ale zwykle płynące od ludzi zakochanych w Trance’ie ;).
Steve Angello, człowiek-legenda, jeden z członków tzw. Swedish House Mafia i mistrz w poruszaniu publiki. Grał dużo muzyki swojej i kolegów z grupy czyli Sebastiana Ingrosso, Axwella i Laidbacka Luke’a, ale za to jakich! Sprawdźcie sobie tracklistę z jego seta, ja tylko wymienię takie perełki jak Swedish House Mafia „Leave The World Behind”, Justice vs. Simian „We Are Your Friends” w jakimś remiksie, Prodigy „Smack My Bitch Up” (AN21 Remix), Laidback Luke „My G.O.D.” (!!!) oraz ciekawą wariację Steve Angello & Laidback Luke “Be vs Satisfaction” (Swedish House Mafia Bootleg). Jednym słowem miazga. Najlepszy set wieczoru.
O 2:30 miałem udać sie na seta mego kolegi Next Dj-a, lecz będąc pod wrażeniem Steva, zostałem na Paul van Dyku. Ten niczym nie zaskoczył, lecz zagrał bardzo przyzwoicie. Najbardziej zapadło mi w pamięci „Pjanoo” Prydza w mush-upie, „Born Slippy” Underworld (!!!) oraz klasyczne i niezapomniane „For an Angel”. Kilkanście minut przed końcem jego seta udaliśmy się w stronę wyjscia z terenu Global Gathering.


Po wykąpaniu się i kilkugodzinnym śnie postanowiliśmy wykorzystać resztę czasu. Pogoda była sprzyjająca (w dzień upały były upiorne), toteż wykorzystaliśmy ją do zwiedzenia centrum Poznania. Podroż uwieńczyliśmy leżakowaniem pod drzewem w parku przed Teatrem Wielkim i popijaniem schłodzonego piwa.
Podroż powrotna jak zawsze męcząca, ale dla takiej imprezy zawsze warto się pomęczyć.

Mała fotorelacja

enTrance 2010

Mój pierwszy event w tym roku, który do końca nie spełnił moich oczekiwań. Główną bolączką była zaskakująco kiepska organizacja, co rzadko się zdarza na tego typu wydarzeniach. Pomijając jednak ten fakt, muzyka to zrekompensowała. Wprawdzie DJ-e pozostawili wiele do życzenia, to i tak odesłałem to w zapomnienie, bo atmosfera zawsze jest sprzyjająca. Set Jochena Millera był zdecydowanie najlepszy, pełen niesamowitej energii porwał tłumy do szaleńczego tańca, okrzyków i oklasków.

Zacznę jednak od początku. Jak to zwykle u mnie bywa, PKP zawsze musi dać mi w kość. Jako, że nie miałem bezpośrednego połączenia do Bydgoszczy, musiałem robić przesiadkę w Warszawie. Patrząc na rozkład PKP wynikało, że zdążę się przesiąść, jeśli pociąg dotrze w planowanym czasie. Oczywiście opóźnił się o 10 minut, a pociag do Bydgoszczy odjechał 5 minut wcześniej. Następny miałem za 2 godziny… Na ironię losu, w drodze powrotnej miała miejsce identyczna sytuacja! Krążyłem więc po dworcach bez celu słuchając muzyki z mp3 lub zasiadając w jakichś nieestetycznych barach, czytałem nowego Newsweeka i PSX Extreme. Wszystko dzięki PKP ;).

W samej Bydgoszczy poznałem kilka nowych osób, z których jedna towarzyszyła nam przez cały czas pobytu. Zresztą towarzystwo zawsze dopisuje, więc nie ma znaczenia ilu nas jest. Zanim dotarliśmy pod Łuczniczkę, spędziliśmy trochę czasu w barze nad Brdą. Ciekawa lokacja, czuć było klimat. Ubiegłorocznej długiej wędrówki nie powtórzyliśmy, tym razem bylo prosto do celu ;).

Uogólniając było ciekawie. Następny event w Poznaniu :).

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.